Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 272 900 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

PRZYGLĄDAĆ SIĘ TEMU, CO SIĘ DZIEJE

niedziela, 15 października 2006 2:48
Skocz do komentarzy

Z Łukaszem Skąpskim rozmawia Roman Lewandowski

Roman Lewandowski: Przyglądam się uważnie Twoim pracom od początku lat 90. Pamiętam, jak wielkie wrażenie wywarła na mnie Twoja wystawa w bytomskiej Kronice, zatytułowana „Sztaby i szczeliny”. Od tamtej pory wiele się u Ciebie zmieniło. Tamte prace, a były to instalacje, nie posiadały jeszcze tak zminimalizowanej formy, jak późniejsze instrumenty do obserwacji ciał niebieskich czy – dajmy na to – przyrządy oświetleniowe. Miały w sobie coś z ducha metafizyki i nie poddawały się klarownej interpretacji. Co sprawiło, że zarzuciłeś ten dyskurs?

Łukasz Skąpski: Może zacznę od wcześniejszego okresu, bo rzutował on na to, co wydarzyło się później. W latach 80., po studiach, wybrałem rodzaj artystycznej emigracji wewnętrznej, ponieważ karierę w komunistycznej rzeczywistości uznałem za nonsens. W Krakowie wtedy niewiele się działo. Założyłem sobie, że będę robił co najmniej jedną wystawę rocznie. Miało to miejsce na początku istnienia Zderzaka, z którym byłem związany, i zwykle wszystko zamykało się na jednej, czasem dwóch wystawach w ciągu roku. Właściwie to mi wystarczało, by zadowolić swoje ambicje. Wcale nie uważałem, że muszę mieć jakąś wielką publiczność. Tworzyłem przede wszystkim dla własnej satysfakcji, a zarabiałem na życie za granicą, co pozwoliło mi spokojnie żyć, pracując nad tym, co akurat mi wpadło do głowy. Zupełna wolność. To były lepsze lub gorsze rzeczy, które – z perspektywy czasu – oceniam bardzo różnie. A potem wyjechałem – najpierw do Francji, później do Niemiec i Chin. W sumie nie było mnie w Polsce trzy lata. Gdy wróciłem z Chin, zdałem sobie sprawę, że jest to już normalny kraj, a przynajmniej wszystko zmierza ku normalności. W tej sytuacji musiałem zakasać rękawy i zabrać się do roboty, bo to już miało sens. Nad wystawą, o której wspomniałeś („Sztaby i szczeliny”), pracowałem bardzo ciężko, nadrabiając jakby zapóźnienie w czasie. Do tego projektu potrzebowałem sporo metalu i szczęśliwie udało mi się załatwić, że przez miesiąc pracowałem w kombinacie w Nowej Hucie, gdzie byli spawacze, no i blacha z rolki o gigantycznych rozmiarach. Z pięciometrowych arkuszy blachy powstała pierwsza praca. Była to w mojej intencji symboliczna „szczelina w przestrzeni”, wyznaczona przez zbieg mojego wzroku, przy założeniu, że patrzę na punkt na podłodze odległy ode mnie sześć metrów. Miedzy zbiegiem linii (pomiędzy moimi oczami i punktem na posadzce) zamknąłem tę pracę, która – jak mi się wydaje – najbardziej przypomina rzeźbę spośród wszystkich moich prac.


R.L.: I chyba też jest jakimś echem fascynacji pracami Richarda Serry?

Ł.S.: Był tam niewątpliwy wpływ ducha prac Serry. Gdy po raz pierwszy zobaczyłem jego prace w naturze, stał się moim ulubionym artystą, jakimś punktem odniesienia. Z tym, że Serra operował masą materii, metalu, natomiast mnie zależało na osiągnięciu pustki, na trudnej do zinterpretowania wyrwie w przestrzeni. To był pełny, trójwymiarowy obiekt, ale gdy stanęło się przed nim, nie widziało się płaszczyzn blachy, ponieważ one zbiegały się do punktu i były poza zasięgiem wzroku. W rezultacie widać było pustą ciemność. Z tej też pracy wziął się drugi człon tytułu wystawy – „Sztaby i szczeliny”. Natomiast pierwszy, „sztaby”, to były wiszące szklane pojemniki z neonami w środku które teoretycznie powinny były świecić. Nie świeciły jednak, bo pojemniki były wypełnione czarną cieczą. Myślę, że to były dość fajne prace, choć może trochę przekombinowane. Trudne do interpretacji. Wrażeniowe, odwołujące się do niejasnego mistycyzmu, z jednej strony tkwiącego w formie, z drugiej w symbolach. „Dziury w rzeczywistości”, „zaczernianie światła”. Właśnie w takie niejasne i nieokreślone rejony zagłębiałem się w tej wystawie.

Wracając jednak do zmian, o które pytałeś... Wkrótce doszedłem do wniosku, że są to rejony zbyt trudne do zwerbalizowania i może niezrozumiałe dla większości odbiorców, postanowiłem więc zmienić podejście. Następny cykl prac powstał właściwie przypadkiem. Zmuszony (no, zachęcony...) przez moją ówczesną dziewczynę, pojechałem po raz pierwszy od wielu lat na wakacje nad morze i strasznie się nudziłem, bo nie jestem przyzwyczajony do kompletnej bezczynności na plaży. Leżały tam patyki i zacząłem z nich robić małe rzeźby, jakieś konstrukcje... Potem odkryłem, że one rzucają cień i zacząłem się bawić cieniem. W rezultacie powstała seria prac, które nazwałem „Rysunki cieniem”. Były to efemeryczne rysunki, ponieważ – wbrew pozorom – słońce szybko przemieszcza się po nieboskłonie i rysowane formy trwały w zamierzonej formie bardzo krótko; rysunek szybko się „rozjeżdżał”. W związku z tym musiałem się bardzo spieszyć z fotografowaniem. I wtedy okazało się, że pracuję ze światłem, z ciemnością i to ukierunkowało mnie na dobrych parę lat.


R.L.: Twoje instrumenty optyczne, prace w plenerze oraz fotografie w sposób nieco przewrotny wyzyskują doświadczenia minimal-artu oraz sztuki konceptualnej. Czy ten sposób myślenia jest Ci szczególnie bliski czy też jest to rodzaj gry prowadzonej w obrębie obowiązującej „biblioteki” wizualnej?

Ł.S.: Jeśli chodzi o minimalizm, to z całą pewnością jest mi on bardzo bliski. „Mniej to więcej”, jak mówią japońscy buddyści. Lubię prace oszczędne w formie. Jednak prace minimalistyczne trudno zwerbalizować i objaśnić, bo są to często prace bardzo „wrażeniowe”; trzeba umieć patrzeć, by dostrzec, o co w nich chodzi. Niewiele osób to potrafi. Dlatego w pewnym momencie odczułem konieczność skonceptualizowania moich prac. Seria instrumentów poruszających zagadnienie percepcji miała początek w mojej instalacji wykorzystującej światło słoneczne do rysowania świetlnych form w powietrzu. Nie zmieniając tematu prac, zasadniczo zmieniłem sposób podejścia do niego. Zacząłem posługiwać się paradoksem, ironią… Podjąłem grę ze sobą samym, z moimi pracami, z widzem i z tematami, które wtedy – z jakichś powodów – nie były poruszane przez artystów czy kuratorów.

R.L.: I tu bardzo wyraźnie pojawia się dość zaskakujący czynnik ciągłości w Twoich pracach...

Ł.S.: Można tak powiedzieć. Instrumenty były po prostu przekręceniem wskazówki na skali percepcji w stronę ironii. Popatrzyłem z dystansem na to, co robiłem wcześniej, ponieważ nie chciałem robić wciąż prac opartych na tej samej zasadzie. Więc zmieniłem charakter oddziaływania – i chociaż były to te same tematy, miały one inne odniesienia. Był w nich duch ironii, zabawy, a równocześnie poszerzały to, co było głównym tematem, o dodatkowe wątki.

Jednak po paru latach znowu stanąłem wobec groźby samopowielania, w związku z czym postanowiłem coś zmienić. Działo się to w czasie, kiedy bardzo potaniały cyfrowe kamery wideo. W 2000 roku kupiłem pierwszą kamerę na wyprzedaży w Finlandii. Zresztą, zawsze chciałem robić wideo, ale starsza technologia nie zadawalała mnie pod względem jakości. No i zacząłem robić filmy.


R.L.: Tu dochodzimy do działalności grupy Azorro. Trudno w waszych realizacjach mówić do końca o autorskim stemplu. To praca zespołowa, która najwyraźniej zmierza do ironicznego dekonstruowania funkcjonujących w świecie, nie tylko artystycznym, hierarchii. Tu też wyłania się problem anarchicznego, jakby z ducha fluxusowego, myślenia o sztuce, jako zabawie, rewolucji, mistyfikacji...

Ł.S.: Rozmawialiśmy kiedyś z Oskarem Dawickim na temat tego, co moglibyśmy razem robić. Próbowaliśmy wymyślić jakiś scenariusz działań. Z naszej rozmowy wynikło, że to – na czym się znamy – to sztuka. Możemy z łatwością i kompetentnie robić filmy na ten temat, a wreszcie, że wiele zjawisk w sztuce i otaczającym świecie dziwi nas albo drażni. No i pierwsze scenariusze Azorro dotyczyły właśnie zjawisk sztuce towarzyszących. Interesują nas, oczywiście, różne rzeczy, ale ponieważ tworzymy zbiorowo, zawsze powstaje jakiś korzystny dla dzieła kompromis. Okazuje się, że nasze wspólne ustalenia są dobre.

R.L.: No, właśnie. Wasze filmy są nie tylko krytyką instytucji, ale też – a myślę tu o filmie „Pyxis Systematis...” – można je interpretować jako refleksję nad nieprzystawalnością języka i rzeczywistości. Czy można tę pracę traktować jako nostalgiczną, choć ironiczną, pieśń za utraconym światem, w którym sztuka postaciowała stabilne wartości, zaś centrum znajdowało się dokładnie po środku, a nie – dajmy na to – na peryferiach, jak to dzisiaj zwykle bywa? Innymi słowy – czy nie tęsknisz za taką komfortową sytuacją, w której wszystko miało swoje stałe miejsce – artysta, ksiądz, szewc i żołnierz, a świątek nie mylił się z piątkiem?

Ł.S.: Z całą pewnością to była komfortowa sytuacja, przynajmniej dla niektórych. Kapuściński twierdzi, że świat (zachodni?) nie zdaje sobie sprawy, dokąd zmierza. Wydaje się, że tak jest. Na przykład, problemy, którymi interesuje się sztuka, są kompletnie wewnętrzne i ograniczone do Zachodniego świata. Mało tego – ograniczone do grupy odbiorców, którzy interesują się sztuką, często do tej grupy zawodowej. Nie wiem, czy tak zwany „szary człowiek” w ogóle zdaje sobie sprawę z tego, czym sztuka dzisiaj się zajmuje. Dziennikarze zdają się nie rozumieć, co dzieje się na świecie i najczęściej tylko prezentują fakty. Myślę, że refleksja nad procesami zachodzącymi we współczesnym świecie toczy się w bardzo wąskich kręgach uniwersyteckich, kręgach historyków, politologów, specjalistów, którzy mają wiedzę na temat tych faktów i potrafią je syntetyzować.

Oczywiście, wygodniejsza i stabilniejsza dla Europejczyka była sytuacja świata, powiedzmy, w XIX wieku, kiedy wiadomo było, kto jest kim, co jest czym, ustalone były wartości i ich hierarchie, a polityczna dominacja w świecie była przejrzysta... Podczas trwania imperium sowieckiego świat był podzielony na dwie strefy wpływów, wszystko było jasne i panowała jakaś równowaga, która teraz się wywróciła. Choć dominują dziś Stany Zjednoczone, Rosja zaczyna być coraz bardziej agresywna i wraca do swoich imperialnych zachowań. Z drugiej strony ekonomicznie coraz bardziej rosną w siłę Chiny i muzułmanie, którzy dobrej, lecz z natury ideologicznie słabej demokracji zachodniej, przeciwstawiają silną, agresywną i atrakcyjną dla jej odbiorców ideologię. To zupełnie nowy układ, stanowiący dla Europy duże zagrożenie. Ale to nie oznacza, że ja tęsknię za przeszłością (bo za którą przeszłością?). Należy się bacznie przyglądać temu, co się dzieje.


R.L.: A czy nie myślałeś o tym, aby w jakiś sposób kontestować ten stan rzeczy?

Ł.S.: Kontestować, to dobry postulat, ale nie da się kontestować wszystkiego. Od pewnego czasu zajmuję w swoich pracach polityczne stanowisko w sprawach szczególne mnie denerwujących czy interesujących, ale przeważnie w skali lokalnej; krakowskiej, polskiej… Azorro, będąc w Izraelu, zrobiło film na temat izraelskiego muru, a właściwie sytuacji palestyńskich chłopów oddzielonych murem od swoich gajów oliwnych. Akurat tam byliśmy i film ten jest spontaniczną reakcją wynikłą z naszego pobytu w tym kraju.

R.L.: Mówi się o Tobie, że jesteś obserwatorem i prześmiewcą. Czy Twoje puentylistyczne portrety stanowią rozwinięcie tych przymiotów? Czy też decyduje tutaj tak zwany rynek sztuki?

Ł.S.: Do malowania portretów namówił mnie przyjaciel, który chciał być moim klientem. Z kolei ja przekonałem go do swojej koncepcji. Pierwszy portret zrobiłem więc według swojego sposobu i jestem z tej pracy zadowolony. Właściwie trwało rok zanim obmyśliłem koncepcję. Malowałem jeszcze dłużej.

Do potrzeby zamawiania portretów odnoszę się z szacunkiem; jest to stara europejska tradycja, która upadła w XX wieku. Jednak musiałem sobie tę pracę jakoś skonceptualizować i dostosować do naszego czasu. Uznałem, że to jest bardzo fajna praca, ale portrety muszą być dobre i ściśle podporządkowane mojej koncepcji. Założyłem, że sam robię zdjęcia portretowanych, ale klienci ubierają się tak, jak chcą, więc te obrazy stają się niejako wizerunkami klasy zamawiającej te portrety. To jest aspekt socjologiczny tego projektu. Formalnie to jest fotorealizm, który posługuje się metodą neopuentylistyczną. Mam nadzieję kiedyś, może za dwa lata, jak się zbierze ich większa ilość, zrobić z tych obrazów wystawę. Równocześnie zacząłem malować serię aktów męskich i kobiecych, ale to jest jeszcze żmudniejsza robota...

R.L.: A czy nie myślałeś o tym, aby te obrazy pokazać na jakiejś wystawie? W końcu w takim myśleniu można doszukać się też mniej prozaicznych motywacji i spróbować kiedyś zestawić te prace – nie z jakimś tuzami hiperrealizmu, dajmy na to z kimś w rodzaju Chucka Close’a – ale właśnie na odwrót, np. z rysowanymi na zamówienie portretami Oskara Dawickiego. Czy można myśleć o nich jako o szerszym projekcie?

Ł.S.: Wspólna wystawa tych prac razem to był koncept Oskara, który wpadł na ten pomysł od razu, jak tylko wymyślił, że będzie zamawiał swoje portrety. Uznałem jednak, że nie byłby to dla moich obrazów korzystny kontekst. Oskarowi nie zależało na dobrych portretach, tylko jakichś portretach. Jest zbyt duża różnica między portretem, który maluje się przez półtora miesiąca, licząc po sześć godzin dziennie, a zamówionym piętnasto- czy dwudziestominutowym portretem ulicznym. Zresztą istotniejsza jest tutaj różnica podejścia do „zlecania”. Oskar chętnie zleca innym wykonanie prac, które wymyśla, ja natomiast odwrotnie; chętnie jestem – przynajmniej ostatnio – wykonawcą cudzych pomysłów. Mój najnowszy projekt to realizacja pomysłów kuratorów zawartych w ich recenzjach z mojej wystawy, napisanych apriorycznie (przed powstaniem wystawy).

R.L.: W najkrótszym wywiadzie, jaki czytałem, na pytanie Jarka Suchana – „Czy nadal wierzysz w porządek świata?” – odpowiedziałeś twierdząco. Czy ta odpowiedź jest nadal wiążąca?

Ł.S.: Tak.

R.L.: Chciałbym Cię jeszcze spytać o to, co sądzisz o sztuce młodych roczników, zwłaszcza zaś o pokoleniu „nowej figuracji”, o młodych realistach?

Ł.S.: Bardzo lubię działalność grupy Ładnie, a szczególnie Rafała Bujnowskiego. Jego wystawa w Bunkrze podziałała na mnie odświeżająco. Oczywiście, poszczególne obrazy mogą mi się podobać bardziej lub mniej, lecz Rafał tym, co robi, skłonił mnie do przewartościowania mojego poglądu na malarstwo. Rafał jest tyleż konceptualnym, co „manualnym” artystą. Poza tym – podejście Rafała do materii malarskiej tworzy zdecydowanie nową jakość w malarstwie.

R.L.: I ja tak sądzę... Dziękuję Ci za rozmowę.


Łukasz Skąpski, Roman Lewandowski (Art Papier)
Podziel się
oceń
0
0

Więcej na ten temat


Komentarze do wpisu

Skocz do dodawania komentarzy

Zapamiętaj Nick

Zapamiętaj Blog

Wstaw emotikona

Akceptuję regulamin i zobowiązuję się do przestrzegania jego postanowień.

środa, 22 listopada 2017

Licznik odwiedzin:  40 372  

Kalendarz

« listopad »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
27282930   

Archiwum

O moim bloogu

Prace Łukasza Skąpskiego

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 40372

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Ale seriale

Pytamy.pl